Tom I Karta III

Upadek wieży

Karta III

Tłem tej opowieści są prawdziwe wydarzenia sprzed kilku wieków.
Był piękny słoneczny poranek, kiedy Niezdarek postanowił odpocząć trochę od sporej ilości pracy, którą sam sobie narzucił. Nie zrozumcie mnie źle. Krasnoludki ogólnie są pracowite i pomocne, ale nawet one od czasu do czasu potrzebują chwili odpoczynku. Spotykają się wtedy, spacerują, obserwując ludzi i rozmawiając o nich, grają, urządzają zawody sportowe (to, że są niezbyt duże, nie przeszkadza przecież we wszelakiej aktywności, a jak mawiają – w zdrowym ciele zdrowy duch).

– Za dobre robię te dżemy – westchnął z uśmiechem. – Za dużo owoców mi przynoszą i nie nadążam ich przyrządzać. – Rozejrzał się po swoim domku i spostrzegł, że wypełnił się on słoikami po brzegi. „Przynajmniej nikomu nie braknie zimą – pomyślał – ale teraz czas na małą przerwę”.

Jednym z ulubionych zajęć naszego bohatera były przechadzki po okolicznych wsiach i miasteczkach. Najbardziej lubił gród położony nad rzeką, który cały czas się rozrastał, wciągając w swoje granice pobliskie osady. Jak podróżował pomiędzy nimi? To temat na inną opowieść, podobnie jak to, dlaczego lubił samotne wędrówki.

Dość szybko dotarł do miasta i ruszył przez gąszcz uliczek. Minął kilka przecznic i znalazł się na sporym placu. Dochodziło południe, w związku z czym tłum powoli gęstniał. Ktoś coś sprzedawał, ktoś inny kupował – ot, normalny dzień na rynku. Niezdarek nie przepadał za tłokiem, więc postanowił znaleźć jakieś spokojniejsze miejsce, gdzie mógłby przycupnąć i napawać oczy widokami. W końcu ma czas wolny, a do tego jest piękna pogoda, więc dlaczego z tego nie skorzystać? Jego wybór padł na wieżę pobliskiego kościoła. „Cóż, spróbujmy” – pomyślał i zaczął wdrapywać się po schodach.

Do pokonania miał ponad trzysta stopni – w końcu wieża liczyła blisko sto trzydzieści metrów! Zastanawiacie się zapewne, jak taka mała istotka jest w stanie pokonać takie trudności. Otóż krasnoludki znane są ze swojej zaradności, spostrzegawczości, a do tego są całkiem dobrymi wspinaczami. Pomagała także sama ceglana konstrukcja budowli.
Dotarł w końcu na szczyt i sprawdził, skąd będzie miał najlepszy widok na całą okolicę. Rozsiadł się wygodnie i wyciągnął zza swojego płaszczyka niewielki słoiczek dżemu. Napawał się przepięknymi widokami. Pod nim rozpościerało się całe miasto, które z góry wyglądało na zdecydowanie mniejsze niż w rzeczywistości. Przyglądając się sieci ulic, nie zauważył nadciągającej z drugiej strony burzy. Poczuł jednak wiatr smagający jego czapeczkę. Odwrócił się i dostrzegł ciemnogranatowe chmury posuwające się w jego kierunku. Zerwał się na równe nogi i ruszył w stronę wyjścia. Wtem bardzo mocny podmuch przewrócił go, gdy był już blisko drzwi, które trzasnęły z hukiem.

„Zaraz mnie stąd zwieje!” – pomyślał.
Krasnoludek i upadająca wieżaSpostrzegł niewielką szczelinę w jednej z belek podtrzymujących hełm wieży i co sił w nogach pognał do niej. Zmieścił się w niej bez problemu.
– Tutaj przeczekam, aż się trochę uspokoi – stwierdził.
Burza jednak nabierała na sile. Nagle usłyszał trzask pękającego drewna i poczuł, że spada razem ze swoją kryjówką.

Nie zdążył nawet pomyśleć, co się stało, kiedy wypadł z niej, a razem z nim słoiczek dżemu zza płaszczyka. Wszystko trwało tylko chwilkę – sekundę, może dwie. Czas ten wystarczył jednak do zorientowania się, w jak beznadziejnej sytuacji się znajdował. Wtem uderzył plecami o coś miękkiego i zamiast spadać, zaczął poruszać się bardzo szybko w bok. Intuicyjnie chwycił to, na co upadł, i chwilę później usłyszał tylko „bzz, bzz, bzz…”.

Jedna pszczoła wracała tamtędy do swojego ula, kiedy zauważyła spadającego krasnoludka. Podleciała pod niego, służąc w istocie za poduszkę powietrzną i wyratowała naszego małego bohatera z opresji.

Krasnoludek uratowany przez pszczołę
Szczęśliwym zrządzeniem losu nikt nie zginął w trakcie tej katastrofy. Ponoć dwóch aniołów zstąpiło z nieba i pochwyciło upadający szczyt wieży, po czym bezpiecznie położyło go u podnóża świątyni. Od tamtego czasu zaczęto mówić o, jak by nie było, cudzie. W końcu nawet obecnie praktycznie nie zdarza się, aby podczas katastrofy budowalnej nikt nie ucierpiał. Może nie do końca nikt – oprócz pewnego kota przebiegającego nieopodal. To jednak osobna historia…