Tom III Karta I

Szermierz

Karta I

Dawno, dawno temu…?

Historia ta zdarzyła się nie tak dawno temu. Było to kilka lat po powstaniu kolei i włączeniu miasta do sieci transportu szynowego. Już wtedy istniała tu uczelnia wyższa, zwana uniwersytetem. Szkoła zyskiwała renomę, co powodowało napływ studentów nawet z odległych krain.

Pewnego dnia w jednym z domów studenckich zapanowało spore poruszenie. Dowiedziano się bowiem, że w ich szeregi ma wstąpić osoba pochodząca z tak zwanych wyższych stref, czyli po prostu bardzo bogata. W owym czasie większość studentów była biedna, a tutaj miał pojawić się ktoś, kogo można… nie, nie, nie, nie okraść, a… ograć. No dobrze, ale jak? Posłuchajcie.

W dzień przyjazdu bohatera tego opowiadania skrzyknęło się kilku żaków w celu powitania go na głównym dworcu kolejowym. Jakież było jego zdziwienie, kiedy zobaczył liczną grupę czekających na niego rówieśników. Pewnie zastanawiacie się, jak go rozpoznali? Otóż bardzo łatwo. Wiedzieli, że pochodzi z majętnej rodziny, toteż ubrany był bardzo dostojnie, a u pasa miał szablę (stanowiącą symbol statusu i pochodzenia). Zaproponowali, że pomogą mu z bagażami i pokażą drogę do domu studenckiego. Chłopak ucieszył się niezmiernie i raźnie ruszyli razem ulicami miasta. Nowi koledzy zasugerowali, że skoro dopiero przybył, pokażą mu okolicę, a przede wszystkich wskażą najważniejsze miejsca, zwłaszcza dobre gospody.

Karczma

Znaleźli odpowiednią karczmę. W środku nie było tłoczno. Kilka osób siedziało przy długich drewnianych stołach. Za ladą karczmarz wydawał posiłki oraz napitki, a obok lady przy palenisku siedział czarny kot z białymi łapkami. Spojrzał na wchodzącą wesołą gromadkę i wrócił do swojego głównego zajęcia, czyli drzemki.

Rozgościli się przy wolnej ławie i zamówili coś do jedzenia. Czas upływał im na opowieściach z życia wrocławskich żaków. W pewnym momencie jeden z nich wyciągnął talię kart i zaproponował grę. „Dlaczego by nie”, podchwycili pozostali i plan powoli zaczynał działać.

Po kilku rozdaniach nasz bohater, widząc, że co rusz wygrywa, zaproponował zagranie „o coś”. Nie była to oczywiście oferta gry na makaron czy zapałki. Część zgodziła się od razu, inni z kolei trochę opornie, ale koniec końców każdy przystał na reguły. Co mogło się zdarzyć, już pewnie wiecie. Nasz śmiałek zaczął przegrywać… Najpierw stracił wszystkie swoje pieniądze, później buty, płaszcz i koszulę. Kiedy już miał zrezygnować, otrzymał propozycję odegrania się. Jeżeli wygra, otrzyma z powrotem swój majątek, natomiast jeżeli przegra, odda wygranemu swoją szablę. Wierząc, że szczęście się odwróci, postanowił zaryzykować. Dostawał naprawdę dobre karty i kiedy oczekiwał na ostatnią, nagle poczuł mocne drapnięcie w łydkę. Wrzasnął głośno i zerwał się na równe nogi, upuszczając karty. Zobaczył uciekającego czarnego kota z białymi łapkami. Niestety karty poleciały pod stół, a ponieważ jedną z reguł było „karta-stół” – jak już się domyślacie – przegrał. Na nic zdały się tłumaczenia, że to kot winien jest tego zamieszania. Warunki były jasno ustalone i wszystkim znane – musiał oddać szablę.

Szermierz

Jak wybrnął z tej trudnej sytuacji? Czy oddał swój oręż? Otóż nie. Wyjaśnił, że szabla jest w jego rodzinie od lat, że jest pamiątką i nie może jej ot tak stracić. Nie miał jednak nic, co mógłby dać w zamian. Nic oprócz… spodni. Kto jednak zgodzi się na taką wymianę? Wpadł na pomysł, że odda im swoje ostanie porcięta, przypnie szablę do paska na biodrach i nagi przejdzie do domu studenckiego.

Usłyszawszy taką propozycję, pozostali gracze oniemieli. Zgodzili się jednak, licząc na dodatkowe atrakcje, w końcu i tak obłowili się na nim dostatecznie, a co mieliby zrobić z szablą? Nasz bohater, jak powiedział, tak zrobił. Przypiął szablę do paska i wyszedł z gospody. Śmiechom nie było końca, lecz mimo to młodzian rześkim krokiem ruszył ulicami miasta.

Dlaczego jednak tak bardzo zależało mu na tym, aby nie stracić szabli? Oprócz wcześniej wymienionych powodów jeden był niezwykle istotny. Szabla w owym czasie była bowiem uznawana za symbol honoru. Wyszedł więc nagi, ale zatrzymał swój honor. Z tego też względu teraz możemy podziwiać szermierza niedaleko głównego wejścia do gmachu uniwersytetu. Jako pamiątkę, symbol, ale także jako przestrogę…

Dalsze losy

A co się stało z kocurem nicponiem? Po tamtych wydarzeniach nadal oddawał się błogim drzemkom w przeróżnych zakątkach miasta. Ponoć czasami można go spotkać biegnącego od gospody do gospody. Kto wie, może i Wy kiedyś go spotkacie i może zareaguje na swoje imię: Nicpoń.